Święta Kuczek Nie Będzie "There will be no more Sukkoth. Jews in Lezajsk" Pacyfikacja Leżajska
Anna
Ordyczyńska Leżajsk-moje miasto
Drogi_Czytelniku Filantrop_czy_dziwak Protekcja_ Prezydent Sikorski Egzekutor_ Leżajskie_kroniki
Drogi Czytelniku
Zapewne Tobie będzie miło, a mnie
w szczególności, że nie musisz tego czytać, a ja nie musiałem pisać bzdur i
wyrażać wdzięczności różnym ważnym osobom czy władzy. Najczęściej wydawcy
dziękują i są komuś dozgonnie zobowiązani za to, że dał swe przyzwolenie na
pokrycie kosztów ich edycji, zawsze za pieniądze z naszych podatków. Jak może
być inaczej. Dzięki tylko takim zabiegom "co nie bądź" różnych Autorów ujrzało
światło dzienne.
Jest to moje skromne, prywatne wydanie, za moje skromne
emeryckie finansowe możliwości. Za wyjątkiem braku gotówki nie przeszkadzały mi
w edycji żadne dąsy niezadowolonych z treści i niechęć władzy czerwonej, białej,
czarnej i nijakiej.
W zasadzie piszę dla siebie, w tym przypadku też dla
Przyjaciół i Znajomych. Będzie dla mnie wielką satysfakcją kiedy zechce
przeczytać je jeszcze ktoś, kto odczuje taką potrzebę. Niniejsze wydanie
powstało dzięki namowom mego Przyjaciela Kazimierza Kuźniara ze słusznym
uzasadnieniem:
"Kto jeszcze pamięta i zna ciekawe zdarzenia leżajskiego
środowiska z udziałem już zapomnianych mieszkańców? Uczestniczyli oni w różny
sposób w życiu miasta, swoim istnieniem pisząc jego historię".
W treści
zamieszczonych esejów proszę nie doszukiwać się jakichkolwiek moich animozji do
wydarzeń lub ludzi. Oceniłem je jako warte przypomnienia. Może znajdzie się
jeszcze "ktoś" kto pokusi się na opisanie innych ciekawych wydarzeń.
Interesujących tematów jest wiele. Wystarczy sprowokować ludzi do mówienia i
opowiedzenia
o tym co zapamiętali bardziej szczegółowo. To też "mała"
historia
miasta, ta najbliższa mieszkańcom.
Bardzo pomocny okazał się
rodowód mojej rodziny od stuleci związanej z miastem. Wiele ciekawych rzeczy
dowiadywałem się z korespondencji i rozmów na różne tematy z przedstawicielami
najstarszego pokolenia Panów: Wincentego Banasia, Kazimierza Gduli, Czesława
Dudzińskiego, Karola Kwiecińskiego, Wincentego Ordyczyńskiego, Józefa
Piotrowskiego, Ojca - Władysława Urbańskiego i Zygmunta Węglarza. Oni też są
współautorami tych esejów.
Może ktoś z Czytelników z nutką przykrości
przeczyta o swoich bliskich. Moją intencją było uchronić od zapomnienia pamięć o
różnych zdarzeniach z udziałem mieszkańców. Jeśli komuś trochę głupio to
pretensje może mieć tylko do swoich przodków, że nie myśleli o przyszłości
i
nie zadbali o dobre imię. Mnie w obowiązku pozostało napisanie
tylko
prawdy.
Filantrop czy dziwak
W brzozowej części
leżajskiego cmentarza, tak umownie zwanego z racji rosnących brzóz, warto
odszukać zapomniane już przez wszystkich miejsce wiecznego spoczynku - Antoniego
Lukszandla. Spoczywa tam człowiek, który cały swój majątek przeznaczył na cele
dobroczynne jak: Szpital Ubogich, Ochronkę i kształcenie obcych sobie młodych
ludzi.
Kilkanaście kroków od bramy, po lewej stronie alei, w czwartym
pseudorzędzie grobów znajdują się pozostałości zapewne kiedyś okazałego
grobowca. Pomnik z piaskowca, a na nim napis: Antoni Lukszandel 1824 - 1911 -
em. poborca podatkowy. Z całą bezwzględnością czas i ludzie uczynili wszystko
aby zatrzeć pamięć o człowieku. O człowieku, który z racji swojego postępowania
i podjętej decyzji, dla jednych może być filantropem, dla drugich zwyczajnym
dziwakiem. Dawnymi czasy, w ostatniej woli, wielu mieszczan ofiarowywało
pieniądze i majątki na różne cele społeczne. Na owe czasy w biednym mieście, w
bardzo trudnej sytuacji materialnej była młodzież pragnąca zdobywać wiedzę i
kształcić się na wyższych uczelniach. To chyba było przyczyną, że bogaty
mieszczanin, właściciel wielu realności i dużych obszarów ziemi, postanowił
pomóc materialnie potrzebującym. Sprzedał swój majątek, a z części uzyskanej
kwoty ustanowił fundację stypendialną dla "kształcącej się aryjskiej młodzieży
mieszczańskiej". Stypendium przyznawała Rada Miasta, na podstawie starań
zainteresowanych, po spełnieniu zastrzeżonych kryteriów. Jedno stypendium
rocznie, wyłącznie aryjczykom, biednej, polskiej młodzieży mieszczańskiej, na
dwóch ostatnich latach studiów, po pozytywnej ocenie nauki przez władze uczelni.
Wśród prawdopodobnych stypendystów, tylko jeden przyznał się do jej pobierania.
Oświadczył on też, że każdego roku kilka razy odwiedzał grób Antoniego
Lukszandla. W Święto Zmarłych zapalał tradycyjną świeczkę ze "Zdrowaśką".
Spotykał tam też Pana Kazimierza Przybylskiego. Reszta stypendystów brała
stypendia dyskretnie bojąc się plotek i skojarzenia potrzebnego "świadectwa
ubóstwa" z dostatkiem w rodzinie.
W zachowanym dokumencie można przeczytać:
"Pan Kazimierz Gdula - student IV roku Wydziału Prawnego Uniwersytetu J. K. we
Lwowie. Nadaję Panu na rok szkolny 1933/34 stypendium z fundacji im. Antoniego
Lukszandla w rocznej kwocie 300 złotych ze zgłoszeniem się najpóźniej do końca
br. z poświadczeniem Dziekana Wydziału Prawnego J.K. we Lwowie, że zasługuje Pan
na wypłatę stypendium i po złożeniu znaczka stemplowego za 25 groszy i
świadectwa ubóstwa".
Pan Antoni Lukszandel uszanował i wykonał ostatnią wolę
swojej zmarłej żony Marianny (+ 1899) - leżajskiej poczmistrzyni. Kazał pochować
ją na cmentarzu tuż obok swojej realności. Grobowiec w części znajdował się na
prywatnej posesji.
Jak opowiadał Pan Kazimierz, stypendium w kwocie 300
złotych było bardzo poważną pomocą w życiu studenta. Wystarczyło na zakup
skryptów, zeszytów, skromnej odzieży i butów. Każdorazowo, pewna sumka
przeznaczona była także na "skromniutką" bibkę. W końcu, była to równowartość
trzech stukilogramowych świnek lub dwóch średnich miesięcznych urzędowych
poborów.
1987
Góra
Protekcja
Do domu rodzinnego, ze Lwowa powrócił Pan
Kazimierz Gdula, po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Jana Kazimierza.
Wiedział, że będzie miał trudności ze znalezieniem urzędowej posady. Tymczasem
snuł plany na przyszłość. Pewnego dnia, wieczorem wyszedł na spacer.
Przeszkodził mu w tym deszcz. Nie mając parasola, schronił się przed deszczem
pod gałęziami olbrzymiego kasztana, których wiele rosło wzdłuż całej ulicy
Mickiewicza. Takie samo schronienie, znalazł nieznany mu, elegancko ubrany pan.
Widocznie "korporatka", na głowie Pana Kazimierza zainteresowała nieznajomego i
rozpoczął z nim rozmowę. "Cieszę się, że spotkałem przedstawiciela miejscowej
inteligencji. Może coś ciekawego dowiem się o tym mieście?"
Zdarzenie miało
miejsce przed zamkiem starościńskim naprzeciwko domu Bauerów. Równocześnie w
pobliżu miejski "lampiarz" zapalił jedną z ulicznych lamp gazowych, którymi
oświetlano miasto. W jej świetle można było przeczytać nazwę sąsiedniej ulicy.
Nieznajomy jakby trochę zdziwiony głośno przeczytał: ulica mjr Tadeusza Wyrwy
Furgalskiego. Poprosił Pana Kazimierza o opowiedzenie czegoś na temat jej
patrona. Opowiadanie Pana Kazimierza było długie i szczegółowe w detalach, aż
nieznajomy ze wzruszeniem mu podziękował. Na pożegnanie, serdecznym uściskiem
dłoni zaproponował - "w przypadku prawdziwych trudności w znalezie¬niu pracy
spróbuję Panu może coś pomóc". Dopiero w domu Pan Kazimierz obejrzał wręczony mu
przez nieznajomego bilet wizytowy. Bilet był zupełnie nietypowy. Nie było na nim
żadnego nazwiska, jedynie miejscowość - Warszawa i dwa numery telefonu. Obok
jednego informacja: "pilne sprawy służbowe". Długo poszukiwał Kazimierz pracy,
były tylko obiecanki. Postanowił wykorzystać oferowaną pomoc. Mimo kilkakrotnych
prób i różnych zabiegów telefonistki Pani Michaliny Dziadeckiej - stołeczny
numer nie odpowiadał. Nie ocenił swojej sprawy za ważną i nie skorzystał z
zastrzeżonego numeru. Trochę tym speszony, postanowił pojechać do Warszawy. Z
publicznego telefonu obok dworca kolejowego zadzwonił pod podany numer. Treść
rozmowy była nietypowa i zaskoczyła Pana Kazimierza. "Kto dzwoni, skąd?" - "mgr
Kazimierz Gdula z Leżajska, ale z telefonu z budki obok warszawskiego dworca".
"Proszę chwilę zaczekać". W słuchawce usłyszał głos nieznajomego ze spotkania
pod leżajskim kasztanem. "Witam, witam w Warszawie. Jak pana rozpozna mój
szofer? Wyjedzie po pana na dworzec. Oczekuję pana". "Mam na głowie czapkę
"korporatkę" a w ręce gazetę "Wróble na dachu"" - odpowiedział Pan Kazimierz.
"Do zobaczenia, proszę zaczekać kilka minut pod budką telefoniczną".
Rzeczywiście, po chwili, do zupełnie zaskoczonego Pana Kazimierza, podszedł
oficer i oświadczył - "jestem do pana dyspozycji, Pan pułkownik czeka na pana".
Całkowicie zbaraniał Pan Kazimierz, ale wsiedli do wskazanego samochodu. Po
krótkiej jeździe zatrzymali się i weszli do olbrzymiego gmaszyska. Stojący w
"westybulu" wartownik tylko zasalutował. Długi korytarz z drzwiami po obu
stronach. Na jednych drzwiach - wizytówka: "płk Teodor Pandor Furgalski" -
wyjaśniła wszelkie niejasności. Był to brat Tadeusza o którym tak wiele
opowiadał nieznajomemu Pan Kazimierz. Serdeczne powitanie. Później tylko krótka
rozmowa o spra¬wach bardziej osobistych. Na zakończenie rozmowy tylko - "proszę
zaczekać parę dni, budujemy COP, coś na pewno się znajdzie". Po takim
zapewnieniu Pan Kazimierz postanowił odwiedzić swoich znajomych, pracujących w
Warszawie - leżajskich murarzy. Zeszło mu parę dni, wszyscy znajomi godnie
przyjmowali swojego krajana.
Po powrocie do domu matka przywitała go
reprymendą i ze strachem - "Kaziu, co się stało? W pilnej sprawie służbowej
przysyłał po ciebie naczelnik poczty Pan Kazimierz Doening, a dziś rano był
strażnik miejski Pan Michał Nabrzeźny". Jeszcze tego samego dnia wszystko
wyjaśnił naczelnik poczty. Pan Kazimierz proszony był o zgłoszenie w Wydziale
Osobowym Dyrekcji Poczty we Lwowie. Pojechał tam nazajutrz za pożyczone
pieniądze. Rodzina Pana Kazimierza była naprawdę biedna. Miło w dyrekcji powitał
go jakiś wysoki rangą urzędnik. Poprosił o odręczne napisanie podania o pracę i
życiorysu. Odwrotnie wręczył zupełnie zaskoczonemu Panu Kazimierzowi nominację
na Kierownika Urzędu Pocztowego w Rudzie Łańcuckej. Radości w całej rodzinie
Gdulów nie było końca. Mama Kazimierza zaniosła dwa złote "na ofiarę". On
wszystko przypisywał protekcji za sprawą "korporatki" i oboje mieli rację.
W
okresie Peerelu przypomniano Panu Kazimierzowi "protekcję" Furgalskiego. Musiał
"pożegnać" stołek Przewodniczącego PRN w Lubaczowie i żyć na swoim, "na
adwokackim chlebie"
1992
Prezydent
W lipcu 1929
roku Leżajsk znalazł się na trasie wojewódzkiej wizytacyjnej podróży ówczesnego
Prezydenta prof. Ignacego Mościckiego. Piękna, letnia, słoneczna pogoda
sprzyjała krótkim, okolicznościowym odwiedzinowym uroczystościom. Takiego
zaszczytu doznało i nasze miasto. Spotkanie z dostojnym gościem odbyło się na
Rynku,dokładnie obok miejskiej studni, dziś punktu czerpania wody. Miejsce nie
było przypadkowe. Tylko tutaj niewielki placyk wyłożony był kamieniami
"otoczakami". Wokół "poleskie błoto" rozjeżdżone kołami chłopskich furmanek.
Latem wysuszone słońcem cuchnęło końską uryną. W tle żydowskie kramy zamknięte w
czasie wizyty. Ogólny widok był bardzo ciekawy. W otwartych oknach wszystkich
domów, głowa przy głowie zebrali się ciekawscy starozakonni. Chyba nieznany
reżyser dobrał tak charakterystyczne postacie z brodami, pejsami, w kapeluszach
z otoczkiem futerek z tchórza.
Niewielki placyk otoczony okółkiem
ciekawskich. W środku Pan Prezydent ze swoją świtą i przedstawiciele miasta.
Kurtuazyjna wymiana zdań z tradycyjnym "witamy na leżajskiej ziemi", ale bez
bochna chleba, ludowej kapeli i przebierańców - Krakowiaków. Na zachowanej
fotografii można zauważyć tylko galę mundurów, czerń garniturów, białych koszul
i rękawiczek. Dwie małe dziewczynki wśród nich Marysia Poliwkówna, pod kuratelą
nauczycielki i cioci Marii Szabo oraz siostry zakonnej powitała wierszykiem
Gościa. Nie było kwiatów, ani modnego dzisiaj całowania i głaskania dzieci po
głowach. W ramach dalszych uroczystości, przewidziano odwiedziny Klasztoru. Nie
witał, ale tylko wyszedł do przybyłych ks. Gwardian. Odsłonięte cudowny obraz
leżajskiej Matki Bożej. Oglądano sakralne zabytki kultury. Na zakończenie miano
wysłuchać słynnych organów. To najpiękniejsze i największe w kraju informował
ks. Gwardian. Po kilku chwilach organowej muzyki, Pan Prezydent spytał stojącego
obok oficera - "Jeśli się nie mylę pułkowniku gra tylko część organów?" "Chyba
tak" - odparł oficer. Niezadowolenie i oburzenie Prezydenta dostrzegł
towarzyszący świcie starosta i podszedł do ks. Gwardiana chcąc załagodzić
zaistniałą sytuację. Goście niezadowoleni kierowali się ku wyjściu. "Tego się
nie spodziewałem"- powiedział do adiutanta Prezydent. Ponoć w kadencji była
jeszcze raz okazja do odwiedzenia Leżajska. Pamiętając nietakt jaki spotkał Go w
tym mieście, polecił zmienić trasę przejazdu.
1987
Góra
Sikorski
Uroczystości upamiętniające pobyt gen.
Władysława Sikorskiego w Leżajsku, były przyczyną i początkiem sporów o wybór
miejsca na okolicznościową tablicę i domów w których ostatecznie zamieszkiwał.
Najpewniejsi byli ci, którzy w uzasadnieniu przytaczali dane z informatora
turystycznego J. Depowskiego - "Leżajsk i okolice". Przy alei klasztornej w domu
nr 12 mieszkał przed I wojną światową Władysław Sikorski. Pozostali powoływali
się na mało znane i nie¬sprawdzone relacje świadków, które praktycznie pokrywały
się w treści. W przypadkowych dyskusjach wszyscy chcieli mieć rację. Ciekawostki
z życia znanych, wielkich ludzi zawsze chętnie wspominano, szczególnie kiedy
osobę uważano za swoją lub bliską. Fragment listu Pana Stanisława Szczęka, wnuka
Magdaleny Szczęk nie wymaga komentarza: "Władysław Sikorski był starszym kolegą
mojego ojca Władysława Szczęka ze studiów na Politechnice Lwowskiej. Spotkawszy
się we Lwowie, gdzieś w kawiarni, Sikorski zwrócił się do mego ojca: wy panie
kolego jesteście z Leżajska. Czy moglibyście mnie zorientować gdzieby tak w
Leżajsku usytuować się na dłuższy okres czasu. Wtedy mój ojciec powiada:
zapraszam pana do nas. Mamy obszerny dom w wygodnym punkcie koło stacji i
spokojny pokój do pracy. Moja mama stworzy panu doskonałe warunki. I tak
Sikorski zamieszkał w hotelu Magdaleny Szczęk - matki Władysława. Dzień jego
wypełniony był skupioną pracą. Po powrocie z terenu do nocy uczył się forsownie
języków. Spacerował po pokoju i głośno recytował teksty. Potem podpatrzono go,
że przygotowywał sobie mowy. Do kogo i w jakiej sprawie i treści nie ustalono.
Wygłaszał je stojąc przed lustrem, wielokrotnie powtarzając i korygując mimikę i
gestykulację. Jednym słowem przygotowywał się do roli działacza politycznego w
wielkim stylu. Do konfliktu z babką doszło jak spostrzegła, że listy które pisał
atramentem zamiast suszyć bibułą odbijał na obrusie. Poplamił w ten sposób obrus
niewiarygodnie. Babka - kobieta krewka, wpadła w szewską pasję i wypowiedziała
mu mieszkanie. Od tego czasu rozpłynęły się jego stosunki z moim ojcem,
prawdopodobnie unikali się wzajemnie bo obu było jakoś
niezręcznie".
Późniejszy generał Władysław Sikorski przebywał w Leżajsku od
kwietnia do listopada 1909 roku. Mieszkał około miesiąca u Szczęków, później u
Eustachiewiczów korzystając z kuchni u Niezgodów z ro¬dzinami Hollendrów i
Dobruckich. Po wyjeździe odwiedzał swoich przyjaciół. W czasie takiego pobytu w
dniu 15 listopada 1910 roku na obywatelskim wiecu przed kasynem (nie istniejący
budynek na placu Jaszowskiego), z okazji bitwy pod Grunwaldem wygłosił
przemówienie, które część społeczeństwa przyjęła z mieszanymi uczuciami z racji
dopatrywania się w nim haseł i treści w tym czasie niepopularnych.
"Almanach
Leżajski" nr 4 z 1984 r.
Egzekutor
Mecenas, dr Wiktor Grychowski prowadził w
mieście kancelarię adwokacką. Mieszkał w byłym pałacu Wojciecha Miera - poety,
tłumacza i targowiczanina - na ul. Sandomierskiej. Tu u niego jako krewni,
sieroty mieszkali bracia Furgalscy.
Major Tadeusz Wyrwa Furgalski poległ
16.07.1916 roku pod Polską Górą na Wołyniu. Austriackie władze zaborowe
zezwoliły radzie miasta aby część ulicy Sandomierskiej nazwać imieniem poległego
majora. Uzasadnienie było proste. Poległ w walce z bolszewikami i na tej ulicy
krótko mieszkał. Uroczystość z pochodem przez miasto odbyła się wiosną 1918
roku.
Pan mecenas Wiktor Grychowski "szanując" swój drogi czas, nigdy w
terminie nie płacił należnych podatków. Zawsze czekał na egzekutora sądowego,
który przynosił nakaz płatniczy. Musiał to czynić w służbowym, galowym, zielonym
uniformie. Był to ponoć cały ceremoniał załatwiania sprawy. Egzekutor
przepraszał pana mecenasa, że musi wypełnić przykrą misję i wręczał nakaz. Pan
Grychowski sadzał egzekutora na skórzanym fotelu przy pięknie rzeźbionym
stoliku. Zawsze częstował kawą i kieliszkiem wina lub koniaku. Odliczając
należną kwotę wręczał ją egzekutorowi, dziękując za fatygę osobie urzędowej.
Przy obopólnych ukłonach i teatralnie maskowanych humorach egzekutor opuszczał
dom mecenasa, znowu do następnego przybycia za kilka miesięcy. Jako ciekawostka
zachował się "dowód doręczenia przez sługę sądowego c.k. Sądu w Leżajsku dla
Pana doktora Grychowskiego - adwokata, przeznaczonego do przeprowadzenia
egzekucji c.k. Sądu z dnia 18.02.1909 r. liczba czynności 6319/9".
Kto dziś
przechowuje takie dokumenty? Ten szczegółowej uwagi zachował się w jednym z
mieszczańskich domów. Na odwrocie nakazu ręka Pani Grychowskiej zapisała
wspaniałe, kulinarne przepisy na "ptysie" i "tort kakaowy" godne wystawnego
stołu i prawdziwego smakosza.
1987
Góra
Leżajskie kroniki
Wiele sprzecznych informacji o
losach "Kroniki miasta Leżajska", zachęcało do rozwiązania tej zagadki. W
konfrontacji zebranych dokumentów powstały dwie wersje. Bardzo różniły się
między sobą. Kto ma rację? Była ponoć jeszcze w magistracie po roku 1944. Nikt
praktycznie nie znał jej treści ani wyglądu. Mówiono na ten temat wiele, każdy
zastrzegał sobie anonimowość.
Pewnego dnia dostałem jeden z listów od Pana
Wincentego Ordyczyńskiego. Była to korespondencja bardzo ciekawa, z racji
poruszania w niej wielu tematów dotyczących starych dziejów naszego miasta. Oto
jego fragment:
"Już dawno wyłączyłem się od spraw leżajskich i tylko gdzieś w
sennych marzeniach pozostały wspomnienia młodości. Powiem Panu jednak, że jest
to temat ogromny, gdyż wbrew pozorom historia Leżajska jest niezmiernie bogata i
ciekawa. Otóż, kiedyś w magistarcie, było bogate archiwum akt dawnych, które
później częściowo znalazły się w rękach prywatnych. Doszło do mojej wiadomości,
że część z nich znalazła się w rękach Pana Józefa Depowskiego. Coś tam próbował
pisać. Jako młodzieniec, byłem świadkiem złożenia w magistracie, do archiwum,
przez dr Tadeusza Trynieckiego z Grodziska, pewnych akt, które kazał tam
przekazać chyba jego stryjeczny dziad, powstaniec zamieszkały i zmarły w latach
dwudziestych we Lwowie. Była tam między innymi, historia Leżajska, w języku
łacińskim, napisana przez jakiegoś księdza. Tłumaczyliśmy ją z kolegami z pasją
i do dzisiaj pamiętam jej początek. "Okolice te zasiedliło celtyckie plemię
Lędzian, po śmierci Karola Wielkiego. Lud pobożny, przywiązany do wiary ojców,
jednak zabobonny, skłonny do grabieży i rozpusty". Widzi Pan jakich mieliśmy
przodków.
Przypadkowo, w wojewódzkim Archiwum Państwowym w Prze¬myślu
odnalazłem dwa dokumenty. Pozwoliły jednoznacznie stwierdzić kto i w jaki sposób
wszedł w posiadanie leżajskiej kroniki.
"Dyrekcja Państwowego Gimnazjum im.
Ks Piotra Skargi w Rohatynie. Rohatyn, dnia 28 kwietnia 1938 r. No.B-IV/38.
Dyrekcja Państwowego Gimnazjum w Rohatynie uprzejmie prosi o wypożyczenie dzieła
"Kronika miasta Leżajska" dla Pana prof. Józefa Depowskiego nauczyciela tut.
Zakładu, który opracowuje monografię miasta Leżajska". Zał. Rewers.
Kronika
miasta Leżajska, nigdy nie powróciła do Urzędu Miasta. Potwierdzeniem tego było
pewne zdarzenie, z udziałem uczniów przed-maturalnej klasy II A miejscowego
liceum. W roku 1947, z okazji imienin, uczniowie ofiarowali Panu Józefowi
Depowskiemu, piękne wydanie "Powstanie Listopadowe". W swej edycji miało szare
papierowe okładki. Z tego powodu, zostało oprawione w płótno przez ucznia tej
klasy Władysława Szwaję. W rewanżu, jedna z najbliższych lekcji odbyła się na
zupełnym "luzie". Była bardzo ciekawa. Pan Depowski czytał swoje fraszki,
opowiadał o literackich znajomościach - Janie Wiktorze i cudownym uratowaniu od
wojennych zniszczeń i posiadaniu źródłowych materiałów a wśród nich "Kroniki
miasta Leżajska". Opowiadał, że aktualnie wykorzystuje ją przy pisaniu
monografii miasta. Ta monografia jako przewodnik turystyczny "Leżajsk i okolice"
ukazała się w roku 1959.
Ku memu następnemu zaskoczeniu, zaproponowano
mi
"udostępnienie" Kroniki Leżajska. Wypożyczona kronika - zeszyt -
nie
była tą której poszukiwałem. "Prastare są dzieje ziemi leżajskiej.
Do połowy
XVI stulecia był Leżajsk miejscowością nieznaną i małą".
W dalszym ciągu
wiele banałów. Treść jej pozwoliła na rozwiązanie zagadki.
Tę drugą "Kronikę
- Monografię" w objętości 55 stron zeszytu napisał własnoręcznie w roku 1940 Pan
Antoni Terlecki, prawdopodobnie na czyjeś zamówienie. Kogo? W jakim celu?
Zawiera sugestywne informacje i wiele błędnych danych. Kończy się opisem rządów
okupacyjnego burmistrza Jana Nellsa. Jako przestępca wojenny został stracony na
rzeszowskim zamku.
Przecież w niczym nie mogła zastąpić tej autentycznej.
Wybrany tytuł przez autora "Monografia miasta Leżajska" mógł zmylić czytelników.
Tę właśnie monografię widziano po wojnie w leżajskim magistracie. Znowu została
wypożyczona, bez rewersu, przez ówczesnego Przewodniczącego celem wykorzystania
do pracy magisterskiej Panu X. Posiadając pewne dokumenty w finale zdecydowałem
się na korespondencję. Po śmierci Pana Józefa Depowskiego dowiedziałem się, że
dysponentem tej części masy spadkowej został syn Pana Józefa, Pan prof.
Stanisław Depowski. Do niego skierowałem list o następującej treści: "Szanowny
Panie - Są zdarzenia i sprawy, które pozostają w ludzkiej pamięci na zawsze.
Pomimo upływu lat odmładzają się wspomnieniami i dorastają do problemów. Przykro
kiedy w majestacie tytułów ginie ludzka uczciwość, nieobca szaraczkom i
maleńkim. Wkrótce minie dwa lata (23.12.1987) jak zwróciłem się do Pana z prośbą
o zajęcie stanowiska w bardzo dla mieszkańców Leżajska ważnej sprawie. Chodzi o
dalsze losy dóbr kultury miasta Leżajska, które Pana Ojciec Pan Józef Depowski
miał czasowo w swym posiadaniu i które należała zwrócić prawowitym właścicielom.
W ostatecznym finale załatwienia sprawy, proponuję, przekazanie ich Zarządowi
Towarzystwa Miłośników Ziemi Leżajskiej w Leżajsku do dnia 29 lutego 1988 roku.
Po tym terminie, pozwolę sobie na podanie do publicznej wiadomości informacji z
tym związanych łącznie z treścią przesłanych pod Pana adresem listów.
Wbrew
może Pana oczekiwaniom i przewidywaniom sprawa w całym zakresie jest na miarę
skandalu. Spadkobiercom pozostało jedynie zwrócić społeczeństwu jego własność,
dla spokoju zmarłych, zadowoleniu żyjących i pożytkowi młodego pokolenia. Prof.
Stanisław Depowski, Warszawa ul. Wałowa 5/12 - Dowód nadania UPT Leżajsk nr.
12289 z dnia28.12.1987r".
Biuletyn Miejski nr 7/8 1994
Księga Gości - Przeglądanie Napisz do mnie
Data utworzenia strony: 2004-05-21
Aktualizacja strony: 06-02-10