Chasydzi w Leżajsku-2004 Pacyfikacja Leżajska-Juliusz Ulas Urbański Powrót do strony głównej
Juliusz Ulas Urbański - "Święta Kuczek już nie będzie. Żydzi w Leżajsku"
Wspaniałe opracowanie w formie 10 indywidualnych wielowątkowych materiałów o lokalnych sprawach żydowskich. Zbieraniem materiałów o leżajskiej społeczności zajmował się co najmniej od 1975 r. Foto
Żydzi w
Leżajsku Na grobach
przodków Spacerem po
mieście Za cenę życia
![]()
Drogi czytelniku
Zdaję sobie sprawę, że pisząc tym razem o byłej leżajskiej społeczności żydowskiej napotkam na liczne dylematy przy opisywaniu niektórych szczególnych zdarzeń. bo jakie mam zająć stanowisko np. wobec błędnych materiałów i informacji do dziś publikowanych, które tylko dyskredytują Autorów i zacierają prawdziwy obraz minionych lat.
W niniejszym opracowaniu pragnę przypomnieć zdarzenia i ludzi sprzed 60 lat bliskie osobom starszym. A jeśli przeczytają je także młodzi, to myślę, że nie będą ich już dziwiły pewne zachowania ortodoksyjnych żydowskich pielgrzymów i turystów. (...)
W Leżajsku mieszkali Żydzi wyłącznie o niemiecko brzmiących nazwiskach, lecz nigdy nie utożsamiali się oni z grupą miejscowych Niemców.
| 1 | Ader | Adler | Alter | Aster | Akner |
| 6 | Anfang | Adwokat | Altman | Altschűller | Ascher |
| 11 | Ausibel | Bakon | Bardach | Beck | Berstein |
| 16 | Berger | Beer | Beili | Barber | Bass |
| 21 | Bilfeld | Birnbach | Binder | Brűll | Brodt |
| 26 | Birnfeld | Bergenicht | Both | Bohrer | Bodenstein |
| 31 | Blumenfeld | Burstin | Burta | Diller | Drylman |
| 36 | Drűcker | Dierer | Erbaum | Erlich | Engelberg |
| 41 | Eisenberg | Eibenstark | Eimem | Etner | Eheman |
| 46 | Einchorn | Elenbogen | Engländer | Faust | Fäeber |
| 51 | Frankenhar | Feit | Fergenbaum | Feldman | Ferber |
| 56 | Fetter | Fenster | Frenkl | Fischler | Freinfeld |
| 61 | Friedlander | Flizku | Frescher | Flichtenbaum | Friedman |
| 66 | Flaumenbaum | Fligelman | Garfunkel | Grabscheind | Glanzberg |
| 71 | Gans | Galler | Glatt | Gärtner | Geitzhals |
| 76 | Greisman | Geistler | Gerecht | Grűnfelg | Grűnberg |
| 81 | Guzik | Gross | Goldman | Goldberg | Goldstein |
| 86 | Grisinger | Goldbrener | Gottlieb | Goldschmidt | Goldfarb |
| 91 | Goldwender | Gotesdiener | Grűnbaum | Grűnmann | Gruszow |
| 96 | Grűnwald | Hasenfeld | Hamersfeld | Haarzopf | Haberstein |
| 101 | Haftel | Hammer | Haar | Hacker | Hauben |
| 106 | Heiselbeck | Hanfling | Hirschfeld | Horn | Horowitz |
| 111 | Hollender | Holloschűzer | Holloschűtz | Horman | Holles |
| 116 | Hoffort | Honig | Idler | Iser | Jamm |
| 121 | Jäger | Klarkman | Karfioł | Karpf | Kraut |
| 126 | Kraus | Klapholz | Kanner | Kärner | Kohn |
| 131 | Kornblau | Knoblich | Kalter | Kirschenblűt | Kirschbaum |
| 136 | Kirschner | Kinderfreund | Kisel | Kleinman | Krampf |
| 141 | Krant | Kerbe | Keller | Kneitel | Körber |
| 146 | Kurtman | Kurz | Kupferschmidt | Kűhl | Katz |
| 151 | Klarman | Klaufman | Kandel | Kosten | Liberman |
| 156 | Lisker | Linderbaum | Lieber | Luftschitz | Löw |
| 161 | Lör | Laufer | Laks | Lasser | Laub |
| 166 | Landau | Lewandel | Lugenbaum | Mander | Mehcon |
| 171 | Metzger | Minder | Mondschein | Műller | Műnz |
| 176 | Narzinsenfeld | Nadel | Nadelsbach | Nattel | Neuman |
| 181 | Neis | Nussbaum | Ohlbaum | Orbach | Ost |
| 186 | Oster | Pflanzer | Parnes | Palenberg | Pechtalt |
| 191 | Permitter | Pinkas | Penner | Potascher | Profus |
| 196 | Propper | Puderbeitel | Ratch | Raber | Rabinowicz |
| 201 | Rajzli | Reichenthal | Reisner | Reiss | Reif |
| 206 | Reich | Reblum | Ringel | Reischer | Reinholz |
| 211 | Ringler | Ring | Rottenberg | Rothman | Rosenblűth |
| 216 | Rosenbaum | Rotenberger | Rosenzweig | Rosner | Rottenstrauch |
| 221 | Rebhun | Roth | Rokach | Rosenblatt | Rosen |
| 226 | Strauch | Schwarzstein | Spatz | Schmacz | Sattelman |
| 231 | Schwarzer | Schank | Safier | Sales | Sandbank |
| 236 | Satler | Spergel | Stein | Stempel | Stilbach |
| 241 | Steinharatt | Sternlicht | Steifeld | Stern | Stelzer |
| 246 | Stendig | Scechtel | Schweber | Scheinbach | Schechtman |
| 251 | Sternberg | Schenkelheim | Schneck | Schiff | Schechter |
| 261 | Schmiedt | Silberman | Schlűsserberg | Stifel | Schipper |
| 266 | Schoor | Sonneblűth | Sobel | Solbach | Stossvogel |
| 271 | Strauch | Steinnauer | Sprűng | Strum | Tannenbaum |
| 276 | Tanzman | Taffel | Teicher | Teitelbaum | Teichman |
| 281 | Teschner | Tepfer | Tűrkenkopf | Tuchfeld | Tugenchaft |
| 286 | Thurm | Uher | Ulryk | Verständig | Vetter |
| 291 | Wachs | Wagner | Wang | Wander | Wasserman |
| 296 | Waldman | Walkier | Wahrhafling | Wachtenkönig | Waller |
| 301 | Wanderer | Weinberg | Weinman | Weissberg | Weissbrot |
| 306 | Werdenbaum | Weissblum | Weingarten | Wetscher | Weinreich |
| 311 | Wenger | Wirth | Wilkenfeld | Wiener | Wolkenfeld |
| 316 | Wolf | Wurcel | Zales | Zeibel | Zinn |
| 321 | Zinnentaube | Zucker | Zellner |
Wraz z powstaniem w mieście żydowskiego osiedla, po przeciwległej stronie wąwozu, na którego zboczu wybudowano kilka domów, wśród rosnących krzaków dzikiego bzu i leszczyny, schowane przed oczyma ciekawskich, pojawiły się pierwsze groby, przeważnie dzieci umierających na nieznaną w tym czasie chorobę. Odległe to były czasy.
Taki był początek kirkutu - cmentarza żydowskiego, najstarszej miejskiej nekropolii. Grzebano na nim wszystkich zmarłych wyznawców judaizmu z miasta i najbliższych okolic, z podziałem na część męską i kobiecą. Z racji wierzeń miejsce grzebania zmarłych Żydów jest miejscem nietykalnym i nienaruszonym. Powodowało to ograniczenie miejsca pochówku w myśl zasady, że każdemu przysługuje taka sama działka ziemi na wieczny spoczynek. Wyjątek stanowili rabini i uczeni w talmudzie. Z czasem przybywało mieszkańców i zmarłych, przeto z konieczności, poszerzono cmentarz wykupując sąsiednie ogrody i połączono w jedną całość. Początkowo cmentarz ogrodzony był szczelnym płotem z grubych desek dwumetrowej wysokości. Później, płot zamieniono na mur ceglany z bramą otwieraną wyłącznie i na czas pogrzebów lub uroczystości przy grobie cadyka. Na każdym grobie, w nogach ustawiano płyty nagrobne - macewy. Najczęściej wykonane były z piaskowca, czasem z granitu lub marmuru. Zdobiły je napisy o bardzo różnej treści. Symbole nagrobne jak i epitafia upamiętniały życie zmarłego szczególnie jego pobożność i gorliwość w spełnianiu dobrych uczynków. Oprócz znaków o religijnym znaczeniu jak Gwiazdy Dawida, Menory lub Korony umieszczano także znaki, które obrazowały imię zmarłego. Jan Brzoza w książce pt. "Na małym rynku" cytuje jeden z przedwojennych, miejscowych napisów na macewie:"Beda Arieli odszedł do Boga, płaczcie i lamentujcie i lejcie gorzkie łzy, oto umarł Ben Lewi, syn Lewiego i wnuk Lewiego".Goje przed wojną najczęściej oglądali cmentarz przez powybijane w murze otwory, którymi nawet wchodzono na kirkut. Żydzi nigdy z tych otworów nie korzystali albowiem traktowali to jako profanację cmentarza.
Uroczystości pogrzebowe dokonywane były najczęściej w dniu śmierci. Prawdopodobnie był to zwyczaj przyniesiony z Palestyny, gdzie wysokie temperatury i szybkie psucie się zwłok zmuszało do niezwłocznego pochówku. Obrzędu dokonywali przeszkoleni ludzie będący w dyspozycji gminy żydowskiej. Zmarłego przenoszono do domu pogrzebowego na terenie cmentarza i skrzętnie ukrywano przed ciekawskimi. Zwłoki układano na specjalnej desce poddając je rytualnemu myciu. Czynności te aryjczycy nazywali "maglowaniem trupów". Zmarłe dziecko płci męskiej podlegało jeszcze obrzezaniu. Następnie, ciało owijano płótnem, kładziono na specjalne "mary", nakrywano pośmiertnym całunem i szybko przenoszono do przygotowanego grobu. W przypadku usłyszenia głosu dzwonów kościelnych, zmarłego kładziono na ziemi aż do ukończenia ich bicia. Z tego też powodu na pogrzeby najczęściej wybierano taką porę dnia, w której nie odbywały się nabożeństwa w kościele lub cerkwi i nie planowano katolickich pochówków. Podczas pogrzebu, w stare garnki zbierano datki na koszty pogrzebowe, dzwoniąc pieniędzmi co miało zachęcać do szczodrych ofiar.
Na leżajskim cmentarzu spoczął m.in. cadyk Elimelech. Z tej to przyczyny jest on miejscem kultu i odwiedzin Żydów - ortodoksów pochodzących z różnych krajów świata a szczególnie z Izraela i USA. Na leżajskim cmentarzu pochowano łącznie około 2300 Żydów (wg relacji K.Gduli). Jedynym zachowanym dokumentem zmarłych jest 40 kart pośmiertnych wystawionych w 1913r. Znalazł je, latem 1979r. zupełnie przypadkowo Pan Tadeusz Fus, remontując budynek przedszkola mieszczącego się w byłym probostwie unickim. W dobrym stanie leżały one na strychu, pod krokwią. Dlaczego tam i tylko z jednego roku, trudno o odpowiedź
Nekropolie są szczególnym miejscem, które na ogół budzą szacunek wśród wszystkich ludów całego świata. Zdarzały się niekiedy drobne przypadki zniszczeń ale okazało się z czasem, że były one niczym wobec totalnej zagłady wszystkiego co było żydowskie przez nacjonalizm i faszyzm niemiecki.
Do roku 1940 nic nie wskazywało, że cmentarz leżajski ulegnie dewastacji. Na nim to, w drewnianej szopie krytej gontem, znajdował się grób cadyka Elimelecha. Wiosną tegoż roku, na polecenie władz okupacyjnych, "miejscowi" - Józef Owsik i Józef Żaba pod nadzorem Johana Keipra, Stanisława Wernera i Michała Nabrzeżnego rozebrali drewnianą szopę i rozkopali grób. Szukali rzekomo "złotego cielca". Z olbrzymiego wykopu 300x250x250 cm wyrzucono resztki ludzkich kości: głowy, rąk, nóg, miednicy i żeber, resztki blaszanych i glinianych garnków. Kości te leżały kilka dni pod rosnącą obok lipą. Taka była rzeczywistość, ale w ludzkiej fantazji i wyobraźni mogło być inaczej, np:
"Podczas wojny Niemcy kazali otworzyć grób (rozkopać) i znaleźć złoto. Kopali polscy robotnicy, uderzenia słychać było na całej ulicy Górnej. Potem rozległ się krzyk i z cmentarza wybiegli ludzie. Cadyk ukazuje się, leżał w białym całunie jakby go wczoraj pochowano i miał oczy. Mecenas Z. wzruszył ramionami na tą opowieść, ale córka Marguszki zaperzyła się. Ojciec widział, jak uciekali to przed czym? Wystraszyli się kości? Cadyk leżał i patrzy l na nich prawdziwymi oczami chociaż bez stówa "
(Vide: Hanna Krall Dowody na istnienie Wydawnictwo 5 Poznań 1995r.)
W taki oto sposób powstają legendy i taka legenda o cadyku poszła w świat, potwierdzona przecież świadkami w osobach mecenasa Z. i wzruszającej ramionami „zaperzonej" córki Marguszki. To wszystko na potrzeby przyjeżdżających żydowskich ortodoksów, bo cud to przecież najmilsze dziecko wiary.A tak naprawdę, co działo się potem? Miejscowy "wyrostek" Adam Werner niósł czaszkę cadyka na patyku i straszył nią bawiące się obok dzieci. Nieco później, za sprawą ówczesnej Gminy Żydowskiej wykopane z grobu kości cadyka zostały pozbierane, przeniesione i zakopane w górnej części cmentarza, po lewej stronie drogi, rzekomo na grobie członka jego rodziny. W późniejszych latach był tam punkt meteorologiczny (relacje świadków: Józefa Deca i Mieczysława Pudełkiewicza).
W roku 1962, na miejscu byłego grobu postawiono nowy murowany ohel cadyka Elimelecha na miarę gustu i wyobraźni fundatora, budowniczego i projektanta. Wybudowano go na zlecenie rabina Frydmana z Wiednia, byłego ucznia Krakowskiej Szkoły Rabinackiej, jako votum wdzięczności za uratowanie jego życia w czasie okupacji niemieckiej.
Ohel wybudowali:
Inwestor zastępczy - Zdzisław Zawilski,
Projektant-inż. arch. Arnold Barański, ówczesny Kier. Wydz. BUiA Prezydium PRN Leżajsk,
Roboty murarskie - Zenon Fraczek, Wacław Garbacki,
Roboty blacharskie - Zygmunt Węglarz.
Należności za wszelkie materiały i robociznę zawsze w gotówce regulował Zdzisław Zawilski.
Historia tej budowy ma jednak także i wcześniejszy wątek. Otóż jak wspomniano uprzednio, w grudniu 1959r. zjawił się w mieście Baruch Safier, przedwojenny leżajski Żyd, komunista. Wrócił z ojczyzny komunizmu ZSRR, z gułagu. To on stał się bazą i oparciem dla wszelkich pierwszych poczynań mających na celu odbudowanie grobu cadyka. Zdarzenia z tym związane obfitowały w liczne konflikty z władzami, było wiele niedomówień, aluzji, plotek i kłótni o składane pieniądze. Finał był taki, że Baruch Safier całkowicie stracił wśród swoich zaufanie. Tym sposobem pieczę nad owym ohelem, z racji swej osobowości, przejęła Polka Janina Ordyczyńska i sprawowała ją do roku 1990. Wtedy to niezwyczajnie odeszła z tego świata. Otóż przybyłym pewnego dnia pątnikom otworzyła tradycyjnie drzwi ohelu, zaniemogła, upadła i po przewiezieniu do szpitala umarła. Po jej śmierci rolę opiekuna tego miejsca przejęła córka - Krystyna Kiersnowska. "Ta od Żydów"- mówią w mieście. Uzyskała pełne przyzwolenie i mają oni do niej zaufanie.
Najważniejszym i mobilizującym czynnikiem wszelkich działań na rzecz odbudowy ohelu, było zupełnie przypadkowe znalezienie przez Barucha Safiera, wśród płyt chodnikowych na ul. Stawowej oryginalnej macewy z grobu Elimelecha. Macewa ta z inskrypcją: "Nasz Pan i Nauczyciel i człowiek Boga rabin (cadyk) Elimelech Lazar Lippman w tym grobie spoczywa, który zmarł 21 dnia Adaru" znajduje się w leżajskim ohelu.
Przedwojenny cmentarz żydowski oddzielony był od ul. Górnej i domostw głębokim wąwozem. Dziś, poważnie został on zmniejszony i nie jest jak kiedyś tajemniczym światem zmarłych. Zasypano naturalny wąwóz. Na miejscu ceglanych murów postawiono ażurowy, żelazny płot i taką samą bramę (z Fundacji Rodziny Nissenbaunów). Nie chronią już one przed oczyma osób ciekawskich kilku ocalałych macew posta-wionych z przypadku "gdzie bodaj", bo pozostałe, zapomniane macewy nadal leżą wśród bruków miasta.Leżajski kirkut nie był jedynym miejscem pochówku zmarłych Żydów. Podczas okupacji ginęli oni w różnych miejscach i tam najczęściej ich grzebano. Na podstawie wieloletnich analiz, badań i konsultacji z licznymi, świadkami ustalono następujące dodatkowe miejsca pozacmentarnego pochówku Żydów
2 mężczyzn (Zeible) - na terenie Szkoły Podstawowej Nr 2 (ok. 8 m od ul. Mickiewicza i 4 m od północnej granicy realności),
l mężczyzna - na ul. Dolnej, obok byłego domu Dołęgów,
2 kobiety i 3 dzieci - ul. Sanowa 38 (Sara Wagner z dziećmi – Heniem i Lonią oraz jej bratowa z synem),
Małżeństwo Rűbenfeldów na ul. Sanowej 20,
3 mężczyzn (2 Żydów i l Polak) - między byłą studnią a płotem na dziedzińcu Sądu,
Kilkanaście osób na skraju wierzawickiego lasu, po prawej stronie drogi w kierunku Jarosławia,
3 osoby (Galler - matka i 2 synów) na "Chałupkach" na realności Malców,
Około 20-25 dzieci żydowskich w zbiorowej mogile po prawej stronie przy wejściu na kirkut (stacja trafo),
Kilkunastoosobowe pochówki na terenie Giedlarowej (10-12 Żydów z Giedlarowej i 4 osobowa rodzina Riimlera z Żołyni), i na terenie Brzozy Królewskiej w różnych miejscach w tym ukrywająca się rodzina Kűrschenblatta,
2 marca 1994r. pracownicy Elektromontażu Rzeszów, w czasie wykonywania wykopu w rejonie skrzyżowania ulic Rzeszowska- Mickiewicza natrafili na szczątki szkieletu ludzkiego. Następnego dnia Wydział Usług Pogrzebowych MZK dokonał ekshumacji i przeniesienia resztek szkieletu na Cmentarz Komunalny. (Biuletyn Miejski Nr. 2/3/94),
Był tam pochowany Żyd, w mundurze sowieckim, zmarły z opilstwa w domu Potaschera, w grudniu 1944 r. lub w styczniu 1945r.,
Wiosną 1944 r. w porze nocnej żandarmeria niemiecka rozstrzelałai pogrzebała na kirkucie 4 nieznanych, będących w różnym wieku Polaków.
Nikt nie może jednak potwierdzić, że są to wszystkie dodatkowe miejsca grzebania zmarłych Żydów.
Co zostało w mieście po dawnej żydowskiej społeczności?. Co może jeszcze przypominać przyjeżdżającym żydowskim pielgrzymom tamte lata?. Nic lub bardzo niewiele.
Resztki ocalałych judaików skupił i wywiózł mieszkający w mieście, w latach 60 ostatni Żyd Baruch Safier. Nie zachowały się też z tamtych czasów dokumenty i fotografie.Stojące w Rynku i na sąsiednich ulicach domy niby te same, ale jakieś inne. Przebudowy, różne adaptacje i nowe elewacje zmieniły ich wygląd. W oknach firanki, kwiaty, a w nich tylko aryjskie twarze. Z dawnych mrocznych sieni, zamykanymi topornymi bramami, nie zieje stęchlizną, nie cuchnie uryną i nie słychać wiecznego typowego "rejwachu".
Dziś, latem, cały rynek tonie w kwiatach i zieleni i jest stale otoczony sznurami wszelkich marek samochodów. Strażnicy miejscy nie karzą mieszkańców mandatami za wylewanie nocników i pomyj na rynek i ulice. W pogodne, letnie szabasowe dni, nie stoją na chodnikach krzesła i ławki. Nie siedzą na nich Żydzi, "napowietrzniki" z nogami wyciągniętymi w poprzek chodnika, sięgając prawie do rynsztoków. Nieaktualne stało się powiedzenie "wasze ulice-nasze kamienice". Nie ma ustawicznych sporów, czasem kłótni, nie trzeba szukać umiejętności współżycia. Nie ma na Rynku jednej z miejskich kołowrotowych studni, która była miejscem sąsiednich pogaduszek i stojących przy niej "wodziarzy". To oni zaopatrywali większość żydowskiej społeczności w wodę, a szczególnie pobliskie piekarnie. Zniknęły z Rynku budki-kramy i oryginalna, w kształcie sześciokątna budka Pesli Safier z lodami, wodą sodową (na życzenie z sokiem) i ciastkami. Pesla-ruda jak wiewiórka, trochę piegowata, zupełnie podobna była do dziewczynyna opakowaniu sprzedawanych ciastek z czekoladą. Ta studnia i budka Pesli były tłem dekoracyjnym w latach trzydziestych podczas uroczystości powitania na leżajskim Rynku Prezydenta Mościckiego.
Nie ma piekarni Gołdy Tanzman (ul. Rzeszowska 17), gdzie pieczono zawsze smaczne i chrupiące "kajzerki" z makiem. Mój ojciec nie jadał tych "kajzerek" od czsu kiedy przez otwarte okno w piekarni widział jak kot obsikiwał worek z makiem.
Nie ma sklepu kolonialnego Salomona Weinsteina (ul. Mickiewicza 8), gdzie tuż przed szabasem, okazyjnie, za grosze można było kupić przejrzałe kiście bananów i pomarańcze. Tam młodzież kupowała na randki chleb świętojański, wianki fig i na wagę chałwę o różnych niepowtarzalnych smakach.
Nie ma koszernego wyrębu mięsa Abrahama Renhentala (ul. Rzeszowska), gdzie "nieczyste" mięso -tylne części wołowiny kupowali katolicy.
Nie ma "łokciowych sklepów bławatnych" Altera Anfanga (ul. Mickiewicza), gdzie za ladami, ze stosami najlepszych nawet bielskich materiałów, można było zawsze spotkać wielu młodych "subiektów", ze skręconymi w korkociąg pejsami. Tutaj każdy mógł coś kupić dla siebie, bo oni umieli zachwalać towar. Pięknie opakowany w firmowy papier zawsze przewiązywali sznurkiem koloru sukienki klientki.
Nie ma sklepu Chaji Gruber (ul. Górna 7), w którym bocznym wejściem przez sień, nawet w "szabas' można było kupić najpotrzebniejsze artykuły spożywcze. Obowiązywała tylko dziwna forma sprzedaży. Na ladzie leżały odważone po "funcie" papierowe torebki tzw. "rożki" z różnymi towarami jak: cukier, sól, mąka kluskowa, kasza jaglana itp., a obok, na szklanych spodkach leżał posegregowany bilon. Kupujący sam osobiście musiał wziąć odpowiedni towar i sam dokonać zapłaty wkładając lub wybierając odpowiednie wartości bilonu. Chaja, tylko bacznie obserwowała czy wszystkie operacje kupna wykonane zostały prawidłowo. Na wszystko mieli jakiś sposób.
Nie kursuje z Rynku przez Żołynię i Łańcut do Rzeszowa autobus Izraela, wyłącznie z katolicką obsługą, zawsze pełen pejsato-brodatych pasażerów i słodkiego zapachu cebuli.
Nie krąży między szkołami a gimnazjum Szymon Sztendig, jedyny nauczyciel religii mojżeszowej.
Nie widać, szczególnie na murowanych domach, uchylanych i podnoszonych części dachów, gdzie biesiadowali Żydzi w święto Kuczek. Tam nie przeszkadzali im miejscowi "szajgece" (urwise, łobuzy).
Nie gra na weselach żydowska kapela Mozesa Adera z basistką Polką Heleną Jurzyniec. Charakterystyczne, piękne melodie wpadały w ucho i podrywały nogi do tańca. Znana była przygoda z tamtych lat pani Heleny, kiedy to z konieczności płynęła przez San ze swoimi basami.
Nie sprowadza Hanna Grűnberg "narajonych służących", szukających pracy młodych dziewcząt pochodzących z sąsiednich wiosek. Nie roznosi w wigilijne poranki karpii i sandaczy i dla reklamy "swoim gojom"-macy.
Nie wydrukuje drukarnia Izaka Kűhla (ul. Mickiewicza 3) "kantyczek" z różnymi pieśniami odpustowymi (maryjnymi i okolicznościowymi), które w latach 1937-1939 śpiewane na placu przyklasztornym przez żebrzących dziadów były mini festiwalem odpustowej pieśni dziadowskiej.
Nie aresztuje policja państwowa przed świętami narodowymi Żydów, członków organizacji robotniczych i komunistycznych.
Nie chodzi po Rynku, szczególnie w upalne dni, "myszygine" Leib Katz (ul. Kącik 2) cierpiący na bóle głowy i śpiewający charakterystyczne piosenki żydowskie, narażając się na kpiny okolicznościowej gawiedzi.
Nie ma kogo poszarpać za pejsy, straszyć święconą wodą, posmarować plasterkiem słoniny lub kiełbasy.
A kto pamięta piekarza Joela Profusa, który podobno sam nie wiedział, ile ma dzieci.
Nie ma "szabes gojek", które świadczyły w szabasy drobne posługi jak podpalanie ułożonego wcześniej w piecu drzewa, otwieranie okien itp.
Nie chodzą chyłkiem do mikwy okutane szalami żydowskie niewiasty. Nikt nie poczęstuje macą (paschalnym plackiem z niekwaszonego ciasta), makagigą z makiem i miodem, kuglem (leguminą szabasową) lub wódką "pejsakówką" podawaną zawsze w maleńkim, srebrnym kieliszku.
Nie człapie po ulicach koń i nie terkocze "kariolka" Hersza Laksa (ul. Górna) wiożąca na modlitwy do bożnicy bogatszych Żydów. W każdą niedzielę i święta kościelne, nawet w deszcz, woził pod "budą" do klasztoru nauczycielkę Stefanię Czechowicz, przygodnych podróżnych ze stacji kolejowej i czasami wracającego ze spotkań towarzyskich ks. Czesława Brodę, co w owym czasie zawsze było sensacją, bo probostwo miało bryczkę z parą pięknych koni.
Nie siedzi na przyzbie domu przy ul. Rzeszowskiej "Chabka"-niemowa Chobik, który całe życie mieszkał w izbie wspólnie z kurami i gołębiami, a w zimie dodatkowo ze szczygłami, czyzami i makolągwami. Wygnany z miasta przez okupanta wziął ze sobą tylko 3 białe gołębie.
Nie uczy w "chederach"-podstawowych szkołach żydowskich "małamed"-Josł Krauz.
Nie bawi na frontonie sklepu reklama "Tu sie kupuje szmyr, mydło, powidło i inne delikatesy, batogi", lub napis witający klientów "Pierwy wytrzeć dobrze nogi, po tym witaj gościu drogi". Nawet wiele lat po wojnie takimi sloganami bawił klientów w zakładzie fryzjerskim Piotr Pajewski.
Dziś wszystkie sklepy są z wystawami i drzwiami bez blaszanych żaluzji lub drewnianych okiennic zamykanych na przedziwne kłódki.
Nie ma restauracji Hollendra Greissmana (ul. Mickiewicza), gdzie "wpadali" na "kielonek" lub piwo z cebulaczkiem pisarze sądowi w urzędowej porze. kiedy prezes w tym czasie z pękiem gazet wychodził za fizjologiczną potrzebą. Trwało to minimum 45 minut.
Nie ma Etnera i "rzezalni drobiu", gdzie na specjalnych hakach wokół betonowego basenu wieszano za nogi powiązany i piszczący drób. Nie wiem od czego zależało użycie do zarżnięcia drobiu jednego z wielu noży, noszonych przez niego w specjalnym, szmacianym futerale.
Nie ma składu opałowego Abrahama Sandbanka (Plac Szkolny), gdzie dla wygody miejscowej biedoty sprzedawano węgiel nawet po 10 kg.
Nie ma "trafiki" starej Nusymowej (ul. Rzeszowska), gdzie można było kupić np. dwa papierosy "Machorkowe", ćwiartkę 25g paczki tytoniu "Obywatelskiego", wiśniowa "fifkę", bibułki "Solali" lub "Her-Be-Wo", a przed samą wojną "gilzy" tj. "tutki" do domowego wyrobu papierosów i specjalną "maszynkę". Całą "trafiką" była wisząca na ścianie wielkości połowy "nakastlika", skrzynka i takiej wielkości szyld Polskiego Monopolu Tytoniowego. Tam też można było kupić i sprzedać "Waszyngtony" (dolary).
Nie struże już też "biczysk" z trzciny i nie wyplata trzepaczek i koszyków Motł Reiss.
nie ma sklepu z kapeluszami, parasolami i drobna konfekcją braci Zeibli (ul. Mickiewicza). Tak niewiele brakowało, aby przeżyli wojnę, gdyż zupełnie przypadkowo zostali zauważeni w kryjówce-schowku znajdującym się w opuszczonym domu przy ul. Rzeszowskiej.
Nie wiszą w poprzek ulic "ejrufy" np. między domem Brodta i Szozdy (ul. Rzeszowska) lub Holloschitza i Podgórskiego (ul. Furgalskiego) tj. przeciągnięte na znacznej wysokości druty, będące symbolicznym odgrodzeniem, pozwalające Żydom w szabas na większa swobodę poruszania się między domostwami.
Nie płynie też maleńka struga ze źródełek spod "Ciukowej Górki" zaopatrująca w wodę "mikwę" w łaźni, która dalej sączyła się wąwozem wzdłuż kirkutu, ulicą Dolną, aż do "Księżego Stawu". To nad nią w miesiącu wrześniu, w dniach pokuty, stawali Żydzi i wytrząsali grzechy ze wszystkich kieszeni recytując wersety Michaeszowe.
Nie wracają przed szabasem żydowscy handlarze-domokrążcy niosący kury, jajka, biały ser i mleko w butelkach, które wymieniali w sąsiednich wioskach za nici, wstążki, podpinki do włosów, agrafki, grzebienie i "cyganki" tj. bardzo ostre, lecz tanie składane scyzoryki używane przez pastuchów itp.
Nie ma fotograficznego zakładu "Sztuka" Natana Rosenblűtha (Rynek), gdzie "Wykonywa o każdej porze wszelkiego rodzaju zdjęcia fotograficzne w Zakładzie i poza obrębem zakładu". mam taką pamiątkę od Pana Natana wykonaną "pobożnie" tj. przy stoliku ze świecą i książeczką do nabożeństwa w ręku.
Nie ma leżajskich bożnic spalonych 15 września 1939 r. Pozostałe po nich mury rozebrano, a cegłami wybrukowano Rynek. Wiele lat później, podczas jego modernizacji ceglane bruki rozebrano i wywieziono na miejskie śmietnisko.
Dziś na miejscu spalonych synagog stoją nowe domy. Widocznie nic nie przeszkadzało, aby w jednym z nich urządzić restaurację. Pierwotnie nazywała się "Targowa", a obecnie "Helena". Być może, że zabrakło znajomości historii, wyobraźni lub fantazji, bo przecież można ją było nazwać "Ryfka" lub "Gołda". Na pewno brzmiałoby to bardziej swojsko i być może prędzej korzystaliby z niej przyjezdni żydowscy pielgrzymi, a szczególnie z wydzielonych na ten czas sal na konsumpcję "koszernych" posiłków.
Kto z obecnych leżajszczan wskaże gdzie mieszkał Chaim Metzger na ulicy Łaziennej lub innych mieszkańców z ulic Bożnic, Kącik czy Proroka. Takie nazwy mogłyby pozostać w pamięci poprzednich mieszkańców miasta.
Obecnie nie ma już niczego, co mogłoby chociaż w skąpym wymiarze przypominać tamte czasy i tamtych ludzi. Być może, w naszym mieście już chyba nigdy nie będzie żydowskiego święta Kuczek...
ZA CENĘ ŻYCIA
W Leżajsku, podobnie jak w całym kraju także
byli ludzie dobrej woli, którzy nieśli bezinteresowną pomoc Żydom skazanym przez
faszyzm na zagładę. Za cenę własnego życia i swoich najbliższych decydowali się
dobrowolnie pomagać bliźnim. A kiedy wojna się skończyła, spłaty moralnego długu
przez Żydów zazwyczaj było niewiele lub wcale, szczególnie wtedy gdy los nie
pozwolił przeżyć obu stronom.
Działania na rzecz niesienia pomocy czy
szukania ratunku nie były wówczas wcale takie proste. Niektórym wydawało się, że
mają wygląd aryjczyka i wystarczy tylko włożyć na nos okulary i już nikt ich nie
rozpozna. A przecież mieli jeszcze charakterystyczny akcent i częste powiedzenie
„co jest" zawsze brzmiało po żydowsku. Niezależnie od kultury, sposób bycia
Żydów był charakterystyczny i specyficzny i różnił ich od ludzi pochodzenia
niearyjskiego. To zwracało uwagę, choć było prawie nieuchwytne, czasem tylko
ledwo dostrzegalne ale zawsze charakterystyczne. Łatwiej było przechować
niewiasty niż mężczyzn, gdyż tych zawsze istniała możliwość poddania brutalnym
oględzinom a każdy naznaczony przez obrzezanie - był stracony. Nawet człowiek
który nie miał znanych rysów semickich, jak garbatego nosa,
odstających uszu, czarnej czupryny, to w jego fizjonomii zawsze było coś, po
czym każdy aryjczyk mógł natychmiast rozpoznać Żydówkę czy Żyda.
Pomimo tych
i innych przeciwności losu, było wielu Polaków którzy nieśli bezinteresowną
pomoc Żydom. Potwierdzają to liczni świadkowie, pisma i listy, których kilka
fragmentów cytuję poniżej
1. Wspomnienia Marii Boguckiej z
1981r.:
„Pewnego wieczoru kiedy chciałam zamknąć drzwi z sieni za
odjeżdżającym od nas leśniczym Skowronem, z Brzozy Królewskiej poczułam, że ktoś
przytrzymuje drzwi i nie dopuszcza do ich zamknięcia. Usłyszałam głos: Cicho,
cicho proszę się nie bać. Otworzyłam wtedy drzwi do kuchni aby oświetlić sień i
zobaczyłam człowieka podobnego do jaskiniowca, taki był okropnie owłosiony.
Człowiek ten powiedział: jestem młódszy Zejbeł. Pani u nas kupowała w sklepie.
Proszę nam pomóc, bo ja jestem ze starszym bratem. On jest chory gorączkuje,
pewnie ma zapalenie płuc. Proszę o lekarstwo i jedzenie. Dawałam co tylko
mogłam, chleb, masło, jaja i gorące mleko w butelce. Przychodził co drugi dzień
wieczorem.
Trwało to dość długo aż do dnia ich aresztowania. Wyszłam raz do
miasta. Widzę jeszcze, jak z moim bochenkiem chleba idą do sądu. Szybko wróciłam
do domu, dzieci odwiozłam do Gdulów (prof. gimn.) a oboje z mężem poszliśmy na
plebanię, czekając w trwodze na koniec dramatu ".
Maria Bogucka wraz z
mężem Leonardem - lekarzem mieszkali na „ wikarówce " a wojnie w Makowie
Podhalańskim.
2.O śmierci
Zejblów
„Było to w Wielkim Poście. Irena Dec usłyszała z ulicy. Prowadzą
Zejblów. Prowadzono ich do aresztu. Zejble - dlatego że chorzy i w gorączce,
czy, że nie chciało im się samym umierać wykrzykiwali nazwiska: z Przybylskimi
zginiemy, z Urbańskimi zginiemy, z Decami, to oni nam pomagali."
(Cytat z
opracowania Hanny Krall - Dowody na istnienie, str. 27)
To nie Polacy złapali
i prowadzili Zejblów. Aresztowanych spotkał na ulicy miejscowy Volksdeutsch
Johan Keiper i o zaistniałej sytuacji opowiedział swojemu koledze Polakowi X.
Obaj byli tym przerażeni. Johan, jeśli możesz, ratuj swoich, zaproponował X.
Keiper natychmiast pobiegł na posterunek żandarmerii. Za chwilę zatrzymanych
wyprowadzono na sąsiednią parcelę Kiszakiewicza, obecnie SP Nr 2 i zastrzelono.
Jedynym ponoć najważniejszym argumentem były wszy.
3. Dramat
Lewinterów
„Późnym wieczorem zapukali do nas Lewinterowie, zatroskani,
zapłakani i prosili aby mogli przez parę dni pozostać u nas, bo nie mają gdzie
być. Na mieście były już afisze, że za przetrzymywanie Żydów - kara śmierci.
Kuzynka moja Janka Wierzbicka, mimo tej sytuacji od razu, bez wahania zgodziła
się ich przyjąć. Ukryliśmy ich w ostatnim pokoju mieszkania (dom Adama Deca na
Sandomierskiej) zabraniając dawać znać o sobie w jakikolwiek sposób.
Lewinterowie byli nieostrożni i widocznie podchodzili do okna wychodzącego na
ulicę. Po kilku dniach ludzie już nas pytali czy przetrzymujemy Lewinterów.
Lewinter miał napady głośnego kaszlu i wtedy sprawa stała się ogólnie wiadomą. W
tej sytuacji, Anna Romańska zorganizowała przeniesienie ich na inne miejsce.
Furmanką w przebraniu chłopskim, przewiozła ich do Rogóżna, skąd pociągiem do
Przemyśla. Lewinter nie mogąc zaadoptować się do nowych warunków, w depresji i
załamaniu, z rozpaczy popełnił samobójstwo zażywając bardzo silną truciznę.
Pochowano go skrycie w ogrodzie domu w którym się ukrywał. Z okna mieszkania w
którym przebywał widział przemyskie getto i zdarzenia które miały miejsce. To
było powodem samobójstwa. Natomiast pani Lewinter owa przetrwała wojnę w różnych
kryjówkach i wróciła do Leżajska, gdzie żyła w nędzy korzystając ze wsparcia
życzliwych ludzi, a przede wszystkim zakonnic. Była chora i cierpiała na paraliż
nóg. Zmarła w 1952 r."
Wspomnienia Stanisławy Opioły (z 1981r.) długoletniej
sekretarki leżajskiego gimna¬zjum, ostatnio zamieszkałej w Krakowie.
4.
Niespodziewany list Tauby Kraut z 1985r. i odpowiedź autora
Przed laty
otrzymałem zupełnie przypadkowo obszerny list, bo napisany na 11 kartach od
Żydówki, która przed wojną mieszkała w Leżajsku. Jej wspomnienia są bardzo
charakterystyczne i godne uwagi. Warto je przeczytać. Pisownia
oryginalna.
„Ja wyszłam za mąż do Giedlarowy koło Leżajska, mieszkaliśmy w
Giedlarowie, później myśmy się osiadły w Leżajsku powiat Łańcut. Tam mieliśmy 3
morgi pola na Gilershofie, mieliśmy dom w Leżajsku na ulicy Ruskiej, wielki
ogród od Ruskiej do drugiej ulicy i duży dom już był starszy dom i piękny ogród.
Jaja zasadziłam owocowe jabłonie i gruszki „ Gdule "i tak dalej. Później myśmy i
Jankiel Kirschenblat zaprowadziły sklep materialny na ulicy Rzeszowskiej.
Jankiel Kirschenblat wybudował śliczną kamienicę i jego siostra i szwagier drugą
kamienicę jedna przy drugiej, to były kuzyny mojego męża Getza Kraut. Ogród
ciągnął się od jednej ulicy do drugiej, nie pamiętam jego imię i nazwisko tej
ulicy. Kto z Gilershofu to pole i dom kupił na Gilershofie i jego famieli to w
Ameryce kupiły od nas za grosze, teraz ja bym chciała wiedzieć nasze rodzice
moje i mojego męża wywieźli za miasto Leżajsk, był malutki lasek, kszaki
niedaleko od wioski Wierzawice. Może ktoś może mi opisać albo opowiedzieć gdzie
i jak to się znajduje, przyjechali ludzie z wozami, kilkanaście wozy i tam ich
zaszczeliły hitlerowce, czy ich gdzie wywiezły bo te wozy się wróciły, może
wzięte jedną godzinę to ony już były z powrotem. Ja i my chcielibyśmy wiedzieć
czy oni byli zaszczelone w tym lasku pod Wierzawicami, czy one znaczy ich gdzie
wywieźli- Jeden człowiek z Ruskiej ulicy co przyjechał nazad co ich tam odwiózł
do tego lasku, ja się jego zapytałam co się z niemi stało to on mie odpowiedział
że tam stały autobusy i ich zabrali Niemcy na małe autobusy.
Teraz wracam
nazad do Giedlarowej bo myśmy przeżyły Getzel i Tobka Kraut w Giedlarowie. Był
jeden anioł co nam ratował życie, my chcemy się dowiedzieć o jego famieli jego
imię, jego święte imię było Marcin Krówka. On był ożeniony u Czerwonki na
„Dworczynie "jego żony imię było Marja Czerwonka wyszła zamąż za Marcina Krówki.
Myśmy tam przeżyły. Anielcia była 5 lat, ona nas dużo razy widziała, była bardzo
mądra. Marcin miał syna Franek i córkę Janka ich imię jest Krówka. Ta Anielcia
Baran mieszka w Giedlarowie pod tym samym numerem gdzieśmy były przechowywane.
Ja bym chciała mieć adres Franciszka Krówki. Teraz ja bym chciała i prosiła ato
aby ktoś poszedł i pokazał w Leżajsku cmentarz żydowski i te pomniki co były i
są opisane w historii o nich myśmy słyszały, że ktoś się zajmuje i trzyma te
groby w porządku mojej matki. Mama to była moja babka jej imię było Tauba
Kizelstein Z Wólki Niedzwieckiej. Pierwsze imię jej to samo jak moje Tauba, nie
wołali jej Tobka. Nigdy, nigdy nie zapomnę co te Hitlery - niemcy do nas
uczyniły. Jeden człowiek mieszkał koło Gallera co sprzedawał rowery, ja i Galler
myśmy wylazły na „górę " co Beryl Lauf miał i ten człowiek nas widział laść na
tą „górę" i przyszedł do blisko tej styni i powiedział - „zliście, zliście z tej
„góry "ja nie chcę mieć na mojem sumieniu i myśmy zlazły i uciekły na nasz
cmentarz i dalej i dalej i dzięki Bogu myśmy znaczy żeśmy przeżyły. Ale dużo nie
przeżyło. Kto będzie taki wdzięczny i kokaże rynek, w rynku co był wybrukowany
pomnikami ze cmentarza my będziemy bardzo wdzięczne, kto tylko pokaże te miejsca
gdzie były bóżnice, ja pamiętam jak się bóżnice paliły to ksiądz Broda tam stał
i łzy się padały z jego oczu i mówił do polskich ludzi „ nie śmiej się bo to
jest święte miejsce ". Ja tylko mogę powiedzieć i prosić Boga za tych niewinnych
ludzi co tam zginęły niewinnie".
Tyle od autorki.
Treść tego listu
bardzo mnie poruszyła. Poszedłem jego tropem, przeprowadziłem wiele rozmów,
dokonałem szeregu konfrontacji i wyjaśnień. Poczuwałem się też do moralnego
obowiązku udzielenia odpowiedzi, którą poniżej przedstawiam z pewnymi
skrótami.
Leżajsk, 26 czerwca I985r.
Czcigodna Pani Taubo!
Nie
wiem do kogo napisała Pani swój list, o kim Pani myślała. Wydaje mi się, że jego
odbiorcą miał być ktoś ze starszego pokolenia mieszkańców Leżajska lub
Giedlarowej, którzy mogli was znać i pamiętać opisane zdarzenia lub znać ludzi o
podanych nazwiskach. Dziwnym zbiegiem okoliczności stałem się adresatem Pani
listu ale szczegóły opowiedział Pani zapewne jego Doręczyciel. Mnie w obowiązku
pozostało zgodnie z przyjętym zwyczajem odpisać co czynię z wielką
przyjemnością. Zdecydowałem się na spotkanie i rozmowę, która w moim odczuciu
satysfakcjonuje wszystkich. Cieszę się, że mogłem być komuś potrzebny, że ktoś
mógł mi towarzyszyć w moich zainteresowaniach i choć przez krótki czas mogliśmy
żyć wśród wspomnień wpisanych już w karty historii.
Wasz dom kiedy
mieszkaliście w Giedlarowej stał „na piątym kilometrze, na zakręcie" - dziś w
tym miejscu nowe domostwa, które niczym nie przypominają tamtych czasów.
Wasz
dom w Leżajsku przy ulicy Ruskiej (ulica Ruska od 1937 r. nazywała się ulicą
Bronisława Pierackiego a obecnie ulicą 1 Maja) kupiliście od Pani Mroczkowskiej
chyba w 1936 r. zaś pole od Pani Pomianowskiej. Dom został przebudowany przez
obecnych właścicieli wg ich potrzeb. Na ogrodzie o którym Pani wspomina nie ma
już ani jabłoni, ani grusz „ Gdulek ". Tył ogrodu nadal dotyka do ulicy Stawowej
(obecnie Świerczewskiego) a na miejscu sąsiedniego proboszczańskie go stawu jest
dzisiaj plac zabaw dla dzieci. Dom kupiła od was w USA Pani Dziedzińska dla
rodziny w Leżajsku i trudno mi oceniać czy to w tym czasie byty „grosze ". Do
dzisiejszego dnia jest „malutki lasek i krzaki koło wioski Wierzawice " a w nim
zbiorowe mogiły rozstrzelanych przez hitlerowców Izraelitów. Mogiły zapomniane,
porosłe drzewami i krzewami jak wiele nieznanych mogił w Polsce przez którą
przetoczyła się straszna wojna którą mieliście szczęście przeżyć wśród
Polaków.
Pisze Pani o „jednym człowieku z Ruskiej ulicy co opowiadał o małych
autobusach ". W czasie wojny tylko czterech mieszkańców ulicy Ruskiej miało
konie i mogli w tym czasie jako „forszpani" (obowiązek świadczenia usług koniem
i wozem na rzecz policji i wojska przez cywilów w czasie okupacji) przewozić
Pani Rodziców i Teściów. Szkoda, że nie podała Pani jego nazwiska, może jeszcze
żyje i poznalibyśmy wiele szczegółów. W moich poszukiwaniach spotkałem relacje
byłego „forszpana " ale nie z ulicy Ruskiej, który był świadkiem rozstrzeliwań
właśnie w tamtym lasku. Trudno uwierzyć Że tak mogli postępować ludzie z ludźmi.
Jeśli ów „forszpan " opowiedział Pani historyjkę z autobusami, które miały
zabrać nieszczęśników w nieznanym kierunku, to może kazali mu tak mówić
gestapowcy, a może myślał, że ustrzeże Panią przed tą straszliwą wiadomością,
którą łatwiej przyjąć po jakimś czasie kiedy istnieje w człowieku nadzieja, że
może żyją- W tym przypadku nie ma jakichkolwiek złudzeń, wszyscy wywiezieni z
miasta zostali w tym „malutkim lasku " zastrzeleni i prawdopodobnie nikt się nie
uratował. Istnieje niepotwierdzona wersja, że w czasie rozstrzeliwań miał uciec
żandarmom chłopiec w wieku 17-tu lat.
Byłem w
Giedlarowej. Nie ma już zagrody Marcina Krówki, który po wojnie osiedlił się w
Rzuchowie. W tym miejscu gdzie mieszkał Marcin nowe zabudowania i mieszka w nich
Aniela, którą Pani pamięta kiedy miała 5 lat. Wyszła zamąż i, nazywa się Aniela
Grabowy. Są skromnymi ludźmi i podziwiają rodziców, ie udzielili Wam
schronienia. Pamięta wiele szczegółów i Was i Lejbę Strucha. Ich dzieci Z
wielkim zainteresowaniem słuchały jak wspomina¬liśmy tamte czasy.
Zgodnie z
Pani życzeniem byliśmy na miejscu spalonych leżajskich bożnic i na Waszym
cmentarzu. Oglądaliśmy ocalałe resztki grobów i ohel cadyka Elimelecha a wokół
wgłębienia po masowych grobach rozstrzelanych, w których oprócz Izraelitów
znaleźli się podobno i Polacy i jeńcy radzieccy. Ze starej świetności cmentarza
pozostało zaledwie kilka starych lip, ohel cadyka Elimelecha jest budynkiem
wybudowanym w latach sześćdziesiątych, ale jest w nim też oryginalna maceba z
jego grobu znaleziona gdzieś w chodniku miasta. Byliśmy na ulicy Ruskiej i na
ulicy Rzeszowskiej gdzie miała Pani sklep z Kirschenblűtem „Jańcią", na ulicy
Gilershof, w Giedlarowej i w „małym lasku i krzakach pod Wierzawicami".
Ja
też pamiętam jak paliły się leżajskie bożnice, olbrzymie kłęby czarnego dymu nad
miastem i ulice pokryte popiołem ze spalonych ksiąg modlitewnych.
Ksiądz
Broda zginął zamordowany w Dachau.
Chcę Pani przypomnieć kilka zdarzeń z
tamtego okresu o których może Pani zapomniała:
Czy pamięta Pani zagrodę i dom Marcina Krówki tuż pod
samym lasem. Mały drewniany dom stał na dużych polnych kamieniach a pod podłogą
komory widać było z jednej strony na drugą. W tej komorze, w podłodze była
przecięta deska, którą można było unieść i wejść do kryjówki w której kryliście
się w razie potrzeby. Czy pamięta Pani ludzi napotkanych w lesie kiedy
zbieraliście jagody.
Czy pamięta Pani jak doiła Pani krowę i w pewnej chwili
w drzwiach do obory zobaczyła Pani stojącą Anielcię wołającą „mamo! - mamo!
żołnierze przyjechali" a za nią niemieckiego żandarma. Schowała Pani głowę
między udo a brzuch krowy, żandarm odszedł nie szukając w oborze. To wołanie
Anielci uratowało Pani życie. Czy pamięta Pani jak za wysłaną Marią Krówka po
pieniądze pożyczone sąsiadce jeszcze przed wojną przyjechali żandarmi.
Czy
zna Pani przeżycia Męża kiedy wywieziono Go z leżajskiego „getta". Przy ruinach
po spalonych bożnicach stały furmanki „forszpanów". Na wozie Stanisława Śliża
usiadł Mąż z zamiarem jechania z nim obojętnie „gdzie". W pewnej chwili został
zgoniony przez gestapowca na zbiórkę wraz z innymi. W ostatniej chwili wsadził
mu do kieszeni „coś" owiniętego w szmatę. Po zbiórce przydzielono męża na inną
furmankę. Jechali w stronę Jarosławia. Cieszyli się kiedy minęli Wierzawice a
później Pełkinie myśląc, że wiozą ich do pracy. W Jarosławiu na stacji kolejowej
załadowali ich do stojących wagonów. W kilka dni później Mąż wieczorem zapukał
do okna Pana Śliża. Otworzono, zjadł kolację jaką jedli domownicy, poprosił o
zwrot „ zawiniątka ". Był bardzo zdziwiony gdy zwrócono mu go w nienaruszonym
stanie. Chciał zostawić część znajdujących się w nim pieniędzy „za przechowanie
".
Czy pamięta Pani słowa Pana Śliża - „Gätz co ciebie spotkało to Ty wiesz, co mnie spotka to ja nie
wiem. Zabierz sobie wszystkie pieniądze ". Na drogę wziął mąż bochen
gospodarskiego chleba i życzenia przeżycia wojny. Wiedzieli sąsiedzi, że był mąż
u Krokoszowej (pierwszy dom po prawej stronie na Gilershofie) - wiedzieli
sąsiedzi, że byliście u Krówki. Taki był łańcuch ludzi „dobrej woli" choć czasem
rwany przez niegodnych mianem człowieka.
Krówkowie i wielu innych Polaków nie
posadziło oliwnego drzewka w Alei Sprawiedliwych na wzgórzu Yad Vashem w
Jerozolimie. Zamiast drzewka oliwnego rośnie w Polsce, w Giedlarowej, w
chłopskiej zagrodzie lipa, piękna czterdziestolatka oblatywana rokrocznie rojem
pszczół, posadzona Pani rękoma w tamtych tragicznych latach, która miała być
symbolem Waszego życia w przypadku Waszej śmierci.
W najbliższych latach
odbędą się prawdopodobnie w Leżajsku uroczystości związane z dwusetną rocznicą
śmierci cadyka Elimelecha. Wśród uczestników uroczystości może zjawią się byli
mieszkańcy choć czas mocno wykruszył ich szeregi.
Trudno ale najprościej przy
wzajemnej nieznajomości rozstać się z byłymi Leżajszczaninami formalnie i
ozięble i nic nie zmusza do czułości, ale nie można zapomnieć, że przeszło 300
lat w historię Leżajska wpisywały się wspólnie nasze
narody.
z poważaniem
Pacyfikacja Leżajska-Juliusz Ulas Urbański
Strona poświecona Żydom z Europy
Wschodniej http://www.shtetlinks.jewishgen.org/Poland.html
Obyczaje żydowskie
Leżajski
sztetl
Jidysz
Żydzi w
Leżajsku
Fotogaleria 2003 "Chasydzi w
Leżajsku-adar II"
Fotogaleria 2003 "Chasydzi w
Leżajsku-adar I"
Chasydzi w Leżajsku -
Linki
Chasydzi w Leżajsku-2004
Powrót do strony głównej
Jeśli chcesz porozmawiać:
gg: 1683372
Jesteś Gościem na mojej
stronie
Ostatnia aktualizacja: 2006-02-10